|
|
niedziela, 23 stycznia 2005
Kochany wnusio
W przeciwieństwie do przedszkola, którego niemal od pierwszego dnia nie darzyłem specjalną estymą (powodów mógłbym podać wiele), bardzo lubiłem przebywać z obydwiema moimi babciami. Z jedną (mamą mojej mamy) to nawet mieszkałem pod jednym dachem, a z drugą (jak łatwo się domyślić - mamą mojego ojca) dość często się widywałem. Mieszkała bowiem troszeczkę ponad kilometr ode mnie, w domu, którego sam dzisiaj jestem właścicielem i nosiła okazałe miano "drugiej babci" (co nie znaczy, że mniej ważnej).
"Druga babcia" była przykładem klasycznej teściowej dla swojej synowej. Niemal do końca życia ich wzajemne relacje miały w sobie tyle ciepła, że określenie "zimna wojna" byłoby zdecydowanym przegięciem w kierunku tropików. Pogodziły się i pokochały niesamowitą miłością na rok przed jej śmiercią.
"Kochany wnusio", czyli ja, swoje też dołożył do tej zimnej wojny i to nie raz zapewne. Pamiętam kilka takich sytuacji, gdy, niechcący rzecz jasna, wkierowywałem moją matkę na pole minowe, z któego z wielkim tylko trudem potrafiła się wykaraskać. Mojej babci nie sposób było bowiem wytłumaczyć, że to co mówię nie zostało we mnie wpojone przez mamę, tylko sam się nauczyłem.
Razu pewnego, a chodziłem już wówczas do przedszkola, odprowadzaliśmy wraz z mamą babcię, która przyszła nas odwiedzić, do bramy. Przy pożegnaniu wnusio kochany uraczył babunię słowami: "Do widzenia głupia Gienia", co w babci, nomen omen noszącej szlachetne imię Genowefa (skąd niby miałęm to wiedzieć?), wywołała lekki atak furii kończący się pytaniem: "A kóż to cię tego nauczył?!". Bardzo kochałem swoją mamą i przy każdej sposobności starałem się udowodnić jaka to ona jest piękna i mądra więc odpowiedziałem, że: "Mama!!". Tym razem babcię mało szlag nie trafił... Mamę z resztą też, bo jak teraz miała się wytłumaczyć, że z przedszkola to przyniosłem? Ani mama nie potrafiła się wytłumaczyć, ani jej teściowa zrozumieć. Wojna na całego...
Rok później. Pierwszy raz w życiu byłem wówczas na pogrzebie. Chowali do grobu takiego młodego żołnierza, któego czołg spadł był z mostu do rzeki. Żywo zainteresowany całą tą imprezą (w końcu wcześniej nigdy czegoś takiego nie widziałem), odpytałem mamę o szczegóły (dlaczego go zakopują, czemu nie żyje...). Pech chciał, że tego samego dnia po południu babunia przyszłą do nas w odwiedziny, a ja nie omieszkałem pochwalić się przed nią nowo nabytą wiedzą, pytając na końcu: "Babciu, to kiedy ty w końcu umrzesz?". Babccia słysząc te pytanie, o mało co nie umarła już wtedy (kolejny napad furii...), a mama znó dostała za nie swoje (a może swoje, bo na cholerę mi wszystko tłumaczyła?)
I kilka jeszcze innych numerów, któe sprowadzały relacje pomiędzy tymi kobietami na próg wojny nuklearnej wycięłem do czasu zanim babcia nie dorobiłą się wnuków od drugiego swego syna, który z nią mieszkał. Wówczas zrozumiała, że to niekoniecznie jej synowe namawiają dzieci, żeby podnosiły babci ciśnienie, tylko to przyrodzona natura takich maluchów. I to by było na razie na tyle.
piątek, 14 stycznia 2005
Supermen?
Nie trwało długo gdy po pierwszym "wyczynie", jakim była ucieczka z przedszkola przyszedł czas na drugi. Ów drugi po dziś dzień w pewnych kręgach jest wspominany ze zgrozą i jakąś dziwną naganą w głosie... Gdybym się jeszcze do tego choć w niewielkim stopniu przyczynił, ale... nie uprzedzajmy faktów
Od ucieczki minął ponad rok. W tym czasie na dobre zadomowiłem się w przedszkolu i choć nie znalazłem tam zbyt wielu obiektów do przyjaźni to lubiłem codziennie rano brać swój ekwipaż i wyruszać po nową przygodę. Tak też było 13 lutego 1976 roku. Dzień jak co dzień, może z tą tylko różnicą, że w przedszkolu odbywał się konkurs piosenki. Wiecie jak to wygląda. Dzieci siedzą sobie grzecznie lub mniej grzecznie na dywanie, a chętny lub mniej chętny występuje przed nimi odśpiewując udanie lub nieudanie coś z aktualnego repertuaru. Wystapiłem i ja, ale co śpiewałem nie pamiętam i przypomnieć sobie nie mogę. Ważne, że gdy siadałem znowóż na dywanie coś chrupnęło i zabolało mnie w lewym nadgarstku. "Zabolało to i przestanie" pomyślałem bohatersko, atoli boleć nie chciało przestać. "Przejdzie z czasem" zaświtała mi w głowie druga myśl i z nową nadzieją w sercu zająłem sie słuchaniem popisów wokalnych moich rówieśników. Ręka bolała, ale nie widziałem sensu informowania o tym pani, bo i po co. Jeszcze by zaczęła panikować. Tak dotrwałem do obiadu marząc już o tym, aby w końcu pójść do domu. Sam obiad był koszmarem z dwóch względów. Po pierwsze lewą ręką ruszać nie mogłem, więc jedzenie barszczu z talerza bez możliwości jego przechylania było lekko irytujące, a po drugie, chyba bardziej irytujące było to dla pani, która widząc moją walkę, z radością położyła mi lewą rękę na stole informując, że mam nią sobie pomagać. Myślałem, że się z bólu zrąbię w gacie, ale jakoś to wytrzymałem. Przyszedł po mnie tata (pamiętam to dobrze, bo nie zdarzało się to rzadko). Dopiero jemu powiedziałem, że nie mogę ruszać ręką, a on wyrozumiale nie zmuszał mnie abym ubrał na tę rękę kurtkę. Dotarliśmy do domu, gdzie drugą osobą, która dowiedziała się o moim problemie była mama. Cóż, lekarzowi, a zwłaszcza mamie-lekarzowi, mogłem chyba zaufać... Położyłem się, bo całodniowa walka z bólem trochę mnie wykończyła i szybko zasnąłem. A mamuńcia w tym czasie sprawdziła delikatnie co z ręką. Stwierdziła po dotyku coś co kilka godzin później potwierdziło zdjęcie rentgenowskie; miałem złamaną rękę. Na kilka tygodni dostałem gustowne gipsowe opakowanie i wyłączono mnie z chodzenia do przedszkola. Natomiast panie spanikowały na drugi dzień słysząc od mojej rodzicielki, że ja w przedszkolu łąpkę sobie uszkodziłem. Jednak dobrze przeczuwałem, że spanikują. Do przedszkola powróciłem już w glorii nieustraszonego pogromcy bólu, który byle złamaniom się nie kłania i z adnotacją w kartotece, że trzeba mnie bacznie obserwować, bo sam niewiele powiem. Pewnie, a co, chciały by iść na łatwiznę i o wszystkim dowiadywać się bez pytań?
czwartek, 06 stycznia 2005
Komunikat
Wojuję z zapaleniem spojówek... Jak je już "zawojuję" (mam nadzieję, że do poniedziałku...) to będę pisał dalej
poniedziałek, 27 grudnia 2004
Pierwsza wyprawa bynajmniej nie w nieznane
Wczesne dzieciństwo pamiętam jedynie z kilku, drobnych z resztą, epizodów. Wyścig Pokoju oglądany spod koca w pokoju, kilka scen z obozu harcerskiego na którym to mój ojciec był instruktorem, a matka "pigułą" no i tryumfalny pierwszy dzień w przedszkolu. Zaznaczyć jednak muszę, że tryumfalny to on był dla mnie, a nie dla przedszkolanek, które mało co osiwiały jak im się w połowie dnia urwałem do domu. Dom bowiem był niedaleko, a ja jako bystre dziecko, drogę z punktu A (czyli przedszkola), do punktu B (czyli domu) znałem na pamięć. Cóż zatem łatwiejszego niż wyjść drzwiami głównymi w chwili gdy reszta dzieci wychodziła bocznymi na plac zabaw. Wróciłem do domu zadowolony szokując i matkę, i babcię. Panie z placu zabaw wróciły zapewne mniej zadowolone nie mogąc się doliczyć dzieci, a jeszcze mniej zadowolone były dnia następnego, gdy to moja rodzicielka z hukiem wpadła do dyrektorki mówiąc, bez ogłady, co sądzi o takim pilnowaniu jej pierworodnego... Panie wzięły się widać ostro do pracy, bo drugi raz taki manewr mi się niestety nie udał, ale zanim skończyłem przedszkole przynajmniej jeszcze raz mocno je zadziwiłem. Będzie o tym za czas jakiś.
niedziela, 26 grudnia 2004
Prolog
Miasteczko w swojej niemalże siedmiusetletniej historii niczym szczególnym się nie wyróżniło. Ot, kilka sławnych osób żyjących u jego zarania i to wszystko. Szczęśliwie, a może i nieszczęśliwie, wszystkie wielkie zwroty historii łagodnym łukiem omiłały jego mieszkańców. Owszem, miało swoje pięć minut chwały, gdy pod koniec XIX wieku kartografowie armii kanclerza Bismarcka wyznaczyli w nim środek Europy z północy na południe (lub jak kto woli: z południa na północ), ale to wszystko na co stac było historię by rangę miasteczka choć na chwilę podnieść. Z resztą kilka lat później okazało się, że kartografowie owi popełnili haniebną pomyłkę i cała chwała umarła śmiercią naturalną... Dwa kościoły, jeden cmentarz, jeden szpital i kilka, głównie podstawowych, szkół składały się i nadal skłądają na miejsce mojego życia. Kiedyś, dziś i mam nadzieję, że i w przyszłości, bo tu właśnie chciałbym umrzeć.
|