Blog > Komentarze do wpisu
Supermen?
Nie trwało długo gdy po pierwszym "wyczynie", jakim była ucieczka z przedszkola przyszedł czas na drugi. Ów drugi po dziś dzień w pewnych kręgach jest wspominany ze zgrozą i jakąś dziwną naganą w głosie... Gdybym się jeszcze do tego choć w niewielkim stopniu przyczynił, ale... nie uprzedzajmy faktów Od ucieczki minął ponad rok. W tym czasie na dobre zadomowiłem się w przedszkolu i choć nie znalazłem tam zbyt wielu obiektów do przyjaźni to lubiłem codziennie rano brać swój ekwipaż i wyruszać po nową przygodę. Tak też było 13 lutego 1976 roku. Dzień jak co dzień, może z tą tylko różnicą, że w przedszkolu odbywał się konkurs piosenki. Wiecie jak to wygląda. Dzieci siedzą sobie grzecznie lub mniej grzecznie na dywanie, a chętny lub mniej chętny występuje przed nimi odśpiewując udanie lub nieudanie coś z aktualnego repertuaru. Wystapiłem i ja, ale co śpiewałem nie pamiętam i przypomnieć sobie nie mogę. Ważne, że gdy siadałem znowóż na dywanie coś chrupnęło i zabolało mnie w lewym nadgarstku. "Zabolało to i przestanie" pomyślałem bohatersko, atoli boleć nie chciało przestać. "Przejdzie z czasem" zaświtała mi w głowie druga myśl i z nową nadzieją w sercu zająłem sie słuchaniem popisów wokalnych moich rówieśników. Ręka bolała, ale nie widziałem sensu informowania o tym pani, bo i po co. Jeszcze by zaczęła panikować. Tak dotrwałem do obiadu marząc już o tym, aby w końcu pójść do domu. Sam obiad był koszmarem z dwóch względów. Po pierwsze lewą ręką ruszać nie mogłem, więc jedzenie barszczu z talerza bez możliwości jego przechylania było lekko irytujące, a po drugie, chyba bardziej irytujące było to dla pani, która widząc moją walkę, z radością położyła mi lewą rękę na stole informując, że mam nią sobie pomagać. Myślałem, że się z bólu zrąbię w gacie, ale jakoś to wytrzymałem. Przyszedł po mnie tata (pamiętam to dobrze, bo nie zdarzało się to rzadko). Dopiero jemu powiedziałem, że nie mogę ruszać ręką, a on wyrozumiale nie zmuszał mnie abym ubrał na tę rękę kurtkę. Dotarliśmy do domu, gdzie drugą osobą, która dowiedziała się o moim problemie była mama. Cóż, lekarzowi, a zwłaszcza mamie-lekarzowi, mogłem chyba zaufać... Położyłem się, bo całodniowa walka z bólem trochę mnie wykończyła i szybko zasnąłem. A mamuńcia w tym czasie sprawdziła delikatnie co z ręką. Stwierdziła po dotyku coś co kilka godzin później potwierdziło zdjęcie rentgenowskie; miałem złamaną rękę. Na kilka tygodni dostałem gustowne gipsowe opakowanie i wyłączono mnie z chodzenia do przedszkola. Natomiast panie spanikowały na drugi dzień słysząc od mojej rodzicielki, że ja w przedszkolu łąpkę sobie uszkodziłem. Jednak dobrze przeczuwałem, że spanikują. Do przedszkola powróciłem już w glorii nieustraszonego pogromcy bólu, który byle złamaniom się nie kłania i z adnotacją w kartotece, że trzeba mnie bacznie obserwować, bo sam niewiele powiem. Pewnie, a co, chciały by iść na łatwiznę i o wszystkim dowiadywać się bez pytań?
piątek, 14 stycznia 2005, cyberski
Komentarze
2005/01/14 16:40:46
Lubie Cie czytac!Nie udalo mi sie chodzic do przedszkola,ale temat interesujacy.
-
Gość: b.., dl194.internetdsl.tpnet.pl
2005/01/14 22:59:11
mała siła...
-
Gość: sheena, 213.195.159.16*
2005/01/17 12:50:34
:))))))))
-
Gość: nienasycenia.blog.pl, 194-63-130-133.akk.net.pl
2005/01/20 22:35:47
oj... dawno tu nie byłam :* doczytałam zaległości...hihi chyba z przedszkola każdy ma wiele ciekawych opowieści, pozdrawiam i sciskam najmocniej jak potrafię:*